Szerokim Żlebem na Kozi Wierch zimą

  • Kategoria: Tatry
  • Opublikowano: piątek, 14, marzec 2014 15:25
  • eR.

Aż wstyd się do tego przyznać, lecz w Dolinie Pięciu Stawów Polskich nigdy nie byłem w zimie. Po zamarzniętych taflach reszty tatrzańskich jezior dane mi było stąpać wielokrotnie, natomiast najgłębszy staw polskich Tatr pozostawał do dnia dzisiejszego nieskalany moją stopą (a w zasadzie rakiem). Po kilku dniach stabilnej, słonecznej pogody, wcześnie rano melduję się na parkingu w Palenicy. Nie jestem jedynym wyruszającym tak wcześnie na szlak, kilka osób pokonuje żmudne zawijasy asfaltu prowadzącego do MOka.
Pod Wodorzmotami Mickiewicza skręcam jako pierwszy z tej grupy w Dolinę Roztoki, i tu po kilkudziesięciu metrach pierwsza, przykra niespodzianka. Szlak prowadzący  lasem jest jednym, wielkim lodowiskiem. Po poślizgnięciu się, tracę okulary przeciwsłoneczne, które na stromym i oblodzonym trakcie zsuwają się kilkanaście metrów. Jest tak ślisko, że powrót po nie parędziesiąt kroków w dół jest sporym problemem. Na szczęście idący poniżej turyści znajdują moją zgubę i okulary lądują z powrotem w uchwycie przy plecaku. Po tym incydencie postanawiam pójść w ślady innych i ubrać już w tym miejscu raki. Jak się okaże będzie to bardzo słuszna decyzja.
Idąc dalej, po obu stronach szlaku widać katastrofalne skutki styczniowego huraganu - całe połacie lasu powalone przez wichurę. Część drzewostanu blokującego drogę jest już pocięta przez drwali, ale dolne partie stoków zarówno Limbowej Ściany jaki i położonej po drugiej stronie Turni nad Szczotami usiane są poprzewracanymi jak kostki domina świerkami. Ciekawe czy drewno to, jako że znajduje się w obszarze ochrony ścisłej, pozostanie w takim stanie aż do jego naturalnego rozkładu. Proces taki trwał będzie dziesiątki, jak nie setki lat. Cały czas w towarzystwie wiatrołomów pokonuję prowadzący lasem odcinek, aż do dolnej stacji wyciągu towarowego zaopatrującego schronisko w Pięciu Stawach. Teraz czeka mnie wyjątkowo żmudne nabieranie wysokości wraz z czarnym szlakiem, przy czym zimowy jego wariant jest jeszcze dłuższy, gdyż obchodzi naokoło Niżnią Kopę, łącząc się po drugiej stronie z niebieskim szlakiem ze Świstówki.
Niewątpliwym plusem takiego wariantu, poza jego bezpieczeństwem, jest widok na dolinę jaki pojawia się powyżej schroniska. Docieram do budynku - jak na czwartek jest naprawdę dużo turystów. Będąc na skraju Przedniego Stawu dzwonię do Agnieszki aby sprawdziła czy w kamerach online na stronie TOPR-u widać moją skromną osobę - stoję dokładnie na wprost umieszczonego nad schroniskiem rejestratora. Podczas rozmowy proszę aby zrobiła pamiątkowy "zrzut ekranu" i nie tracąc już czasu, przez zamarzniętą taflę Wielkiego Stawu kieruję się w stronę Koziego Wierchu. Zimowe wejście na tę górę od strony Doliny Pięciostawiańskiej jest najłatwiejsze, należy jedynie unikać Szerokiego Żlebu i iść np. grzędą będącą jego prawym ograniczeniem.
Przy tegorocznej, wyjątkowo ciepłej i nieśnieżnej zimie, ryzyko zejścia lawiny żlebem jest praktycznie zerowe. Zalega tu do 60 cm, ciężkiego i sypkiego śniegu, spod którego miejscami prześwituje letnia ścieżka na wierzchołek. Wobec powyższego decyduję się na wędrówkę po wytyczonych przez skiturowców śladach w większości prowadzących środkiem tego potężnego jaru. Aby nacieszyć oko panoramą z Koziego trzeba pokonać 626 metrów przewyższenia liczonego od tafli Wielkiego Stawu. Słońce niemiłosiernie przypieka, wiatru praktycznie nie ma, a dodatkowo leżący śnieg działa jak olbrzymie lustro potęgując wrażenie przebywania w piekarniku.
Zrzucam z siebie wszystko oprócz termo-aktywnej koszulki i czuje się jak w środku lata. Zamieniam kilka słów ze schodzącym z wierzchołka turystą. Gość uświadamia mi, iż najbliższa godzina wspinaczki wyciśnie ze mnie siódme poty. Szeroki Żleb tak mniej więcej od 1/3 jego długości, osiąga na tyle duże nachylenie, że przy tak sypkim i mokrym śniegu, noga po każdym kroku obsuwa się kilkanaście centymetrów wstecz.
I tak aż do skałek podszczytowych, czyli do osiągnięcia biegnącej nieco poniżej szczytu znakowanej na czerwono Orlej Perci. Wreszcie docieram do czerwonego szlaku, trwało to naprawdę niesłychanie długo i mocno nadszarpnęło moje siły. Okres przebywania w tak nasłonecznionym miejscu przypłacę iście indiańską opalenizną. Teraz w 10 minut jestem już na Kozim, schodzę na skałki nieco na prawo od właściwego wierzchołka - z głównego robiłem już sesje fotograficzną podczas letniego wejścia.
Ze skał tych jest lepszy widok na Granaty i otoczenie Czarnej Doliny Gąsienicowej. Widoki rekompensują trudy podejścia - świetnie widać masyw Tatr Bielskich, panoramę Wysokich ograniczoną Krywaniem, jak również widniejące na horyzoncie nad Gładką Przełęczą Niżne Tatry. Z drugiej zaś strony można podziwiać masywy wznoszące się nad Czarnym Stawem Gąsienicowy. Na dole, po zamarzniętych taflach stawów przesuwają się w różnych kierunkach malutkie sylwetki narciarzy - jedni w stronę Szpiglasowej Przełęczy, inni w kierunku Gładkiej Przełęczy, jeszcze inni znikają za progiem prowadzącym do Dolinki pod Kotłem.
Szykuję się do powolnego powrotu. Zejście po takim śniegu i nachyleniu będzie równie uciążliwe jak wspinaczka w górę. W połowie drogi spotykam samotnego narciarza z parą nart przytroczoną do plecaka, jakże cieszę się że to ja jestem w drodze na dół, choć z drugiej strony mijanego turystę czeka jeszcze pasjonujący zjazd stokami Koziego Wierchu.
Po godzinie melduję się w schronisku, zamawiam dużą herbatę z sokiem malinowym i z parującym kubkiem siadam pod zachodnią ścianą budynku. Delektując się płynem rzucam ostatnie spojrzenia na okoliczne szczyty. Podczas dalszego zejścia Doliną Roztoki będę jeszcze świadkiem "walki" turystów z zalodzonymi odcinkami szlaku, na szczęście wszystko dobrze się skończy. Dochodząc do samochodu nabieram przekonania iż przebyta w dzisiejszych warunkach trasa dała mi porządnie "w kość" - przy zmrożonym i ubitym śniegu wędrówka byłaby znacznie łatwiejsza i myślę że krótsza czasowo. Ale wreszcie miałem okazję stanąć na środku Wielkiego Stawu.

film Kozi Wierch qr kozi wierch


statystyki