Niegościnne progi "Królowej Karkonoszy"

  • Kategoria: Sudety
  • Opublikowano: środa, 04, maj 2011 12:18
  • eR.

Królowa Karkonoszy, jak do tej pory, nie była dla mnie łaskawa. Nieczęsto pojawiam się w tych okolicach ale ilekroć nadarzy się okazja wyruszam na Śnieżkę. Podczas mojej pierwszej wizyty na szczycie,  1 czerwca 2010 roku, góry spowijała gęsta mgła. Wchodziliśmy chyba najbardziej widokowym szlakiem, z Wilczej Poręby a później przez Kocioł Łomniczki, ale nie dane nam było cokolwiek zobaczyć bo widoczność kończyła się na kilkunastu metrach. Na wierzchołku pojawiła się w nas przez chwilę nadzieja, gdy na kilkadziesiąt sekund nieco się przejaśniło. Ledwie zdążyliśmy opuścić pomieszczenia restauracji „Na Snieżce”, wyciągnąć sprzęt fotograficzny i zrobić 2-3 zdjęcia gdy wszystko dookoła ponownie spowiła mleczna powłoka.
Kolejną szansę dostałem niemal rok później. 1 maja 2011 roku wyjeżdżamy rodzinnie do Karpacza na „długi weekend”.  Po południu meldujemy się w hotelu, pogoda w miarę dobra, trochę chmurek, trochę słońca, nic nie zapowiada kataklizmu który ma nadjeść. Rano wstajemy i nie wierzymy oczom: na zewnątrz biało, wszystko pokryte 20-centymetrową warstwą świeżego śniegu i cały czas sypie. Pada cały dzień i całą kolejną noc. A ja rozważałem zabranie z Krakowa w bagażniku na dachu roweru, miałbym teraz niezłą minę oraz śnieżną piramidę na aucie. Ostatecznie zaniechałem tego pomysłu, mając na uwadze to, że rower można pożyczyć na miejscu.
W wiadomościach podają informację o odcięciu Karpacza od świata, drogi w okolicy są nieprzejezdne, większość kierowców o ile nie wszyscy mają już opony letnie w samochodach. W hotelu co jakiś czas włączają się generatory prądu bo są problemy z miejską siecią energetyczną. Śnieg na szczęście 4 maja przestaje padać. Postanawiam pomimo tych wszystkich przeciwności losu spróbować zdobyć Śnieżkę.
Po śniadaniu podjeżdżam pod Rozdroże Łomnickie, pracownik kolejki informuje mnie o metrowych zaspach i nieprzetartym żadnym szlaku prowadzącym  w góry. Muszę skorzystać z wyciągu by dostać się na Kopę. Stamtąd ruszam w kierunku Domu Śląskiego. Jest jakiś pojedynczy ślad założony przez przejeżdżający tędy skuter śnieżny. Dostaję się do schroniska i ruszam w kierunku szczytu. Razem ze mną idzie parę osób. Widoczność jest tym razem dobra, choć więcej jest ciemnych chmur niż błękitnego nieba. Na wierzchołku istny huragan, dmie tak mocno że trzeba szukać schronienia bądź w odnowionej restauracji, bądź za którymś z obiektów stojących na szczycie.
Nie jestem w stanie zostać dłużej niż pięć minut na otwartej przestrzeni. Postanawiam schodzić ale dla odmiany wybieram szlak okrążający kopułę szczytową, tzw. "Drogę Jubileuszową" tym bardziej że trakt biegnący w kierunku Czarnego Grzbietu sprawia wrażenie oczyszczonego przez wiatr z białego puchu.
Gdy tylko skręcam poniżej szczytu w kierunku Domu Śląskiego sytuacja zmienia się diametralnie. Śniegu jest masa, chwilami wpadam w niego aż po pas, chwilami idę po jedynym, niezapadającym się fragmencie ścieżki – zasypanym murku który wieńczy od zewnętrznej krawędzi biegnącą tędy drogę. Wszak w normalnych warunkach tą drogą wjeżdżają samochody obsługujące obiekty na Śnieżce. Odcinek który w lecie pokonuje się w pięć minut ja przechodzę a w zasadzie przeczołguję się w pół godziny. Docieram do schroniska a stamtąd z powrotem do wyciągu na Kopie. Zjeżdżając na dół myślę czy trzecie podejście na Królową Karkonoszy będzie wreszcie tym, które pozwoli mi w spokoju kontemplować wrażenia z wycieczki.