W cieniu PRL-owskich duchów

  • Kategoria: Beskidy
  • Opublikowano: niedziela, 08, czerwiec 2014 13:10
  • eR.

Gdy miałem kilka lat, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych pojechałem z rodzicami na kilkudniowy wyjazd do ośrodka wczasowego Hutniczego Przedsiębiorstwa Remontowego (HPR). Miejsce to w ówczesnych czasach było synonimem prawdziwego luksusu – duży ośrodek otoczony górami, kryty basen, strefy rozrywki, taras widokowy na ostatnim piętrze flagowego budynku – Kiczory. Wtedy wydawało mi się to nieprawdopodobnie atrakcyjne miejsce: można było bez ograniczeń szaleć na placach zabaw, basenowych zjeżdżalniach, w restauracji serwowano Coca-Colę i batony Marsa, a wieczorem razem z innymi rówieśnikami pomagaliśmy dorosłym opiekać kiełbaski nad ogniskiem. Poniżej kilka zdań o tym co obecnie pozostało po ośrodku, oraz jego ciekawa historia.
Czasem, żeby zatrzeć ślady PRL-u wystarczyło zburzyć pomnik. Można było także zmienić nazwę huty, albo ulicy, lub osiedla. I takie zabiegi zazwyczaj wystarczały by ślady PRL-u nie były widoczne „gołym okiem.” Jednak, aby PRL zniknął sprzed oczu mieszkańców beskidzkiej wioski Porąbka, musiałyby tam wjechać buldożery.  Zupełnie tak, jak wjechały w roku 1969, gdy miały za zadanie wyrównać teren pod budowę „beskidzkiego Davos”. Choć skojarzenie Porąbki z alpejskim kurortem wydaje się być trochę na wyrost, trzeba przyznać, że w ciągu zaledwie dwóch lat intensywnej budowy w Porąbce - Kozubniku powstał samowystarczalny Zespół Domów Wypoczynkowo - Szkoleniowych. Obiekt był własnością katowickiego HPR (Hutniczego Przedsiębiorstwa Remontowego) i skrótem „Hapeer” zwykło się określać hotelowy kompleks do dziś.
U niektórych mieszkańców z okolic Porąbki, skrót „HPR” wywołuje złość, nostalgię, a wszystko zmieszane z uczuciem niedowierzania, że coś, co okolicznym mieszkańcom wydawało się być wiecznym, niezniszczalnym, legło w gruzach w ciągu niecałej dekady! Że obiekt będący dla zwykłego człowieka innym światem, symbolem luksusu i dobrobytu, straszy dziś powybijanymi szybami, nagimi murami, i walającym się wokoło gruzem. Ten inny świat istniał jeszcze i miał się jako tako, zaledwie 15 lat temu!
Prawdziwy szok może wywołać odnaleziony w szufladzie folder informacyjny o HPR z początków lat 80-tych. Szczególnie u tych, którzy mieli okazję spacerować po dzisiejszych ruinach. Trudno sobie wyobrazić, że wysokie, budzące grozę, wzięte żywcem z innego świata budynki to „12 domów wczasowych o nazwach tak sympatycznych jak „Kiczora”, „Kamieniołom”, „Daglezja”, „Sosna”, „Świerk”, „Modrzew”, „Szczerbina”, „Pierwiosnek”, „Krokus”, „Stokrotka”, „Szarotka” i „Góralka” „cechujących się różnorodnością stylów architektonicznych, wielkością oraz standardem wyposażenia” A dla gości sala koncertowa ulokowana na dachu krytego basenu, sklepy, kawiarnie, dla bardziej rozrywkowych wczasowiczów dyskoteka, nocny klub „Piekiełko”, kręgielnia i bilard. Dla dbających o swą urodę salon fryzjerski, solarium, a nawet rarytas jak na owe czasy – salon odnowy biologicznej. Dla aktywnych oprócz wspomnianego basenu był wyciąg narciarski, korty tenisowe, boisko do siatkówki i do kometki. A spacerować można było po wąskich uliczkach z fontannami, stawami i figurkami dookoła.
W roku 1987 Hapeer odwiedziło 31 387 osób (na okres dłuższy niż 24 godziny), a więc ponad 2 razy więcej niż liczyła w tym okresie cała gmina Porąbka! Nie ma co prawda danych z innych lat, ale z relacji mieszkańców wynika, że i w latach wcześniejszych Kozubnik w którym istniał Hapeer zalewały tłumy. Byłi to głównie wczasowicze z HPR-u, jak i pracownicy przedsiębiorstw mających z HPR-em podpisane umowy o „wymianie czasowej”, a więc Huty im. Lenina w Krakowie, Huty Stalowa Wola czy huty „Kościuszko” w Częstochowie. Trzeba jednak przyznać, że to raczej prominenci i partyjni dygnitarze, a nie zwykli hutnicy, byli gośćmi w luksusowych hotelach. Bywał tu nawet syn samego Breżniewa! Ze względu na doskonałe warunki socjalne w ośrodku organizowano szkolenia i konferencje (ośrodek dysponował salą konferencyjną na 150 miejsc) zarówno krajowe jak i międzynarodowe. Z tych ostatnich należy wymienić obrady Komisji RWPG ds. Hutnictwa, wydarzenie najwyższej rangi w owych czasach.
W HPR gościli także goście z krajów „kapitalistycznych”. W dostępnych opracowaniach można znaleźć analizę ruchu turystycznego w Porąbce lat 80-tych. „Ogółem księgi meldunkowe notują w 1987 roku 342 gości z krajów kapitalistycznych. Zdecydowanie przeważają Niemcy z Republiki Federalnej Niemiec – 208, dalej Szwedzi – 97, Austriacy – 61, Francuzi – 11, Anglicy – 5, Włosi – 4, Hiszpanie – 2. Wydaje się, że od tamtych lat Szweda w Porąbce nikt nie widział...
Ruch na terenie ośrodka był tak duży, że na jednej z wąskich dróg dojazdowych do hoteli zamontowano sygnalizację świetlną! Dziś sterczące z pobocza sygnalizatory (niesprawne oczywiście) sprawiają wrażenie postawionych dla żartu, a ruchliwą niegdyś drogę można określić mianem górskiego traktu.
Po przejściu na gospodarkę rynkową cały HPR zaczął mieć coraz więcej kłopotów, bo choć w śląskich hutach wciąż istniało zapotrzebowanie na usługi remontowe, to instytucje te z braku pieniędzy przestały płacić za zlecenia. W 1994 r. Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe przestało zarządzać ośrodkiem, a na miejsce wkroczył syndyk. Zadbane jeszcze, choć już nie funkcjonujące budynki, stały się łakomym kąskiem dla inwestorów. Jednym z nich była firma Danel, o której do dziś krążą legendy. Firma należała do dwóch przybyłych do Polski z USA braci, mówiono, że mają „wagon pieniędzy”. Niestety, głównie przez brak odwiedzających i wysokie koszty utrzymania obiektów popadli oni w długi i w 1996 r. musieli zamknąć ośrodek na zawsze. Turyści nie przybywali głównie dlatego, że skończyły się czasy wysoko dotowanych wczasów pracowniczych. Ponadto niemodernizowane pokoje hotelowe przestały być atrakcyjne dla zagranicznych turystów. Aby spłacić długi Danela na teren HPR-u po raz kolejny wkroczył syndyk i rozpoczęła się wyprzedaż majątku. Dochodami ze sprzedaży zużytych hotelowych mebli nie można było spłacić gigantycznych należności. O długach spółki Danel ukazywały się artykuły prasowe! (według GW 28mln złotych).
W „Dzienniku Zachodnim” z 20. II 2004 można przeczytać że „Lista wierzycieli spółki Danel, właściciela wypoczynkowo-szkoleniowego ośrodka w Kozubniku liczy 1,5 metra.” Wygląda na to, że firma Danel zaciągnęła kredyty hipoteczne, jednak po ich otrzymaniu przestała się interesować losami ośrodka. Chodzą słuchy jakoby Danel prowadził kolejny interes gdzieś na wybrzeżu. Ciekawym czy równie udany? W Kozubniku po Danelu pozostał tylko napis na jednym z odrapanych budynków hotelowych. I złość mieszkańców. To nie jedyne informacje o Kozubniku jakie ukazały się w prasie. W GW z 28.VII 2004, znalazły się sensacyjne doniesienia o odkryciu w ruinach stosu dokumentów zawierających intymne informacje o stanie zdrowia gości i pacjentów. Podczas likwidacji ośrodka nikt nie wpadł na pomysł by zabezpieczyć dokumentację Ośrodka Odnowy Biologicznej i Rehabilitacji. Lecz największą sensacją było odkrycie na terenach byłego HPR fabryki amfetaminy. Pisał o tym „Dziennik Zachodni” 12. III 2004. „Fabryka amfetaminy w nieczynnym ośrodku Kozubnik działała miesiąc. Podczas akcji zatrzymania przestępców w ośrodku, policjanci znaleźli oprócz narkotyku wartego 1 mln złotych także linię oraz odczynniki do produkcji amfetaminy. Mieszkańcy okolicznych domów nie zdawali sobie sprawy, że tuż pod ich nosem produkowane są narkotyki”. Produkcja narkotyków nie była jedynym sposobem na zarobkowanie w ruinach HPR-u.
Mieszkańcy wspominają o transportach złomu jakie wywieziono z ośrodka. Zabrano kompletnie wszystko, od kranów, przez instalacje wodne po zakopane głęboko pod ziemią przewody elektryczne łączące sąsiednie domy wczasowe. Toczyły się ponoć prawdziwe wojny między zbieraczami złomu z Kęt a Porąbczanami, wszystko po to, by na złomie zarobić jak najwięcej. Dziś, kiedy w ośrodku nie ostało się nic metalowego, wojny ustały. Na miejsce złomiarzy przyszli amatorzy paintballa. W ruinach znaleźli doskonałe miejsce do strzelaniny farbą, fantastycznie imitujące teren prawdziwych działań wojennych.
Tylko socjalizm w wydaniu RWPG mógł finansować przedsięwzięcia nierentowne, nieopłacalne, służące garstce dygnitarzy spędzających luksusowe wczasy za publiczne pieniądze. Z całą pewnością nierentowność HPRu nie była problemem dla 260 zatrudnionych tam mieszkańców wsi, a marzeniem wielu było pracować w miejscu, gdzie – jak wspomina właściciel baru w Kozubniku - „normalny człowiek nie mógł się piwa napić”. Dziś piwa może się tam napić każdy, bowiem jednym z dwóch ocalałych i ciągle funkcjonujących budynków jest niewielki bar „Szałas” (obok noclegowni „Sosna”). Oba budynki stojąc na uboczu nie muszą na szczęście kontrastować ze smutnym widokiem pozostałych opuszczonych budynków. Zarówno bar i jak i noclegownia mają prywatnych właścicieli.
Chętnych do prowadzenia turystycznych biznesów w Porąbce byłoby zapewne więcej, jednak niejasna wciąż sytuacja wokół HPR nie sprzyja napływowi inwestycji. Co rusz pojawiają się pogłoski o mających się rozpocząć inwestycjach na dużą skalę, lecz Kuzubnik jak stał tak stoi, w obecnym stanie bez szans na znalezienie inwestora. Nikt kto spojrzy na pozostałości okresu świetności, nie ma wątpliwości, że ewentualny remont pochłonąłby większe fundusze niż budowa podobnego kompleksu od zera.
Do ruin kompleksu z okolic wierzchołka Żaru można dotrzeć schodząc ze szczytowego fragmentu czerwonego szlaku dokładnie na północ, początkowo przez zalesiony, podmokły teren, następnie przez gęste zarośla, aż do osiągnięcia niezwykle stromej, leśnej ścieżki doprowadzającej bezpośrednio na zaplecze zabudowań ośrodka [Kiczora - 49°47'51.05"N; 19°13'57.50"E].
Ale wracając do meritum, pamiętam jak ojciec pokazywał mi zdjęcia zrobione z wycieczki na którą wybrał się z moimi starszymi braćmi – jakiś szczyt z ogromną dziurą na wierzchowinie, wokół pełno  maszyn budowlanych i rodzina stojąca na skraju powstającego „krateru”. To było moje pierwsze „spotkanie” z górą Żar, niezbyt dużym lecz niezwykle ciekawym tworem w Beskidzie Małym, częściowo ukształtowanym przez naturę, a częściowo przez człowieka.
W Beskid ten, do tej pory zawitałem dwukrotnie – w trakcie projektu KGP (Czupel i Magurka Wilkowicka), oraz przy okazji trekkingu po Grupie Leskowca i Łamanej Skały. Teraz plan miałem taki, aby od Przełęczy Kocierskiej przez Kiczerę dostać się na wspominany wcześniej Żar.
Na przełęcz docieram drogą wojewódzką 781 i ruszam pieszo obok znajdującego się tu hotelu spa na czerwony szlak. Czeka mnie przyjemna wędrówka przez kilka niewybitnych szczytów i łagodnych przełęczy. Po drodze zbaczam ze szlaku który trawersuje stoki Wielkiej Cisowej Grapy, by wejść na to wzniesienie. Prawdę mówiąc, decyzję o wejściu na Wielki Cisownik podjąłem zaciekawiony nazwą tej góry. Czyżby były na nim skupiska pradawnych drzew, porównywalnych do najstarszego drzewa w Polsce, cisu Henrykowskiego? Nic bardziej mylnego - Cisowa niczym szczególnym się nie wyróżnia, jeśli nie liczyć niezwykle stromego, zachodniego zejścia. Niemniej jej stoki jeszcze mnie zaskoczą w drodze powrotnej. Gdy dochodzę do Przełęczy Isepnickiej pojawiają się pierwsze widoki na cel wędrówki - Żar. Z tej perspektywy wygląda jak jakiś olbrzymi basen, brakuje tylko rezydencji rodem z amerykańskich filmów.
Z przełęczy można w 40 minut dotrzeć na Żar zielonym szlakiem, lub przez Kiczerę trasą czerwoną, dłuższą o 15 minut. Wybieram oczywiście ten drugi wariant, wiedząc z mapy, że Kiczera to niezły punkt widokowy. To dobry wybór, na wierzchołku zalesionym tylko częściowo są drewniane ławeczki z widokiem na Żar, Czupel, Skrzyczne i częściowo jeziora: Międzybrodzkie i Żywieckie. Nie spodziewałem się aż tak ładnych panoram. Po odpoczynku schodzę w kierunku sztucznego zbiornika, po czym obchodzę go wokół, zatrzymując się przy budynkach górnej stacji kolejki kursującej z Międzybrodzia Żywieckiego. Górę od tej strony zdobi wieża przekaźnikowa, tor saneczkowy oraz infrastruktura stacji narciarskiej. Jest niedziela i zaczyna robić się tłoczno więc czas na odwrót.
Tym razem wspomnianym wcześniej zielonym szlakiem, po czym już aż do parkingu Małym Szlakiem Beskidzkim. Po drodze jeszcze mała niespodzianka, na trawersie Wielkiego Cisownika natrafiam na niezwykle interesujący zabytek Beskidu Małego - ruiny szałasu kamiennego będącego pozostałością po gospodarce pasterskiej na tym obszarze. Obiekt parę lat wstecz został częściowo oczyszczony z zarastających go krzewów i drzew przez grupę pasjonatów z forum Beskidu Małego.